„Już go nie ma. Musimy stąd wyjść.”
Słowa – wypowiedziane tak cicho, a zarazem tak naglące – przebiły się przez hałas międzynarodowego lotniska O’Hare niczym nóż. Odwróciłam się do mojej siedmioletniej wnuczki, Betany, której mała dłoń nagle ścisnęła moją z zaskakującą siłą.
„O czym ty mówisz, kochanie?” – zapytałam, patrząc, jak samolot mojego syna Roberta odlatuje od bramki. „Właśnie pożegnaliśmy twojego tatę. Wróci z Londynu za tydzień”.
Ale wzrok Betany nie był skierowany na odlatujący samolot. Wpatrywał się w coś – lub kogoś – za nami, a jej zazwyczaj pogodna twarz nagle zbladła i poważała.
„Musimy iść, Babciu Heleno. Już.” Jej głos lekko drżał, ale chwyciła mnie mocno, ciągnąc mnie w stronę wyjścia.
Spędziłem sześćdziesiąt osiem lat, wyrabiając w sobie nawyk słuchania dzieci, gdy mówiły z takim przekonaniem. Coś w jej tonie – echo stanowczości jej ojca – sprawiło, że mimochodem zerknąłem przez ramię, jakbym sprawdzał tablicę odlotów.
Jeśli nas oglądasz, zasubskrybuj kanał, polub go i daj mi znać w komentarzach, skąd oglądasz.
Dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach stało w pobliżu punktu kontroli bezpieczeństwa, ich wzrok bezbłędnie wpatrywał się w nas. Nic w ich wyglądzie nie wskazywało na jawne zagrożenie, ale coś w ich postawie – sposób, w jaki rozglądali się po terminalu, jednocześnie obserwując naszą pozycję – uruchomiło w mojej głowie od dawna uśpiony alarm.
„Dobrze” – powiedziałam, starając się, żeby mój głos brzmiał lekko. „Chodźmy do samochodu”. Poprawiłam torebkę na ramieniu i z wyćwiczoną nonszalancją poprowadziłam Betany w stronę wyjścia. „I tak robi się późno”.
Przemieszczaliśmy się przez zatłoczony terminal w równym tempie, nie za szybko, żeby zwrócić na siebie uwagę, ale z jasno określonym celem. Betany trzymała się blisko mnie, mocno tuląc do piersi swojego ulubionego pluszowego królika, Pana Marchewkę.
„Czy oni nas śledzą, babciu?” – wyszeptała, gdy wchodziliśmy na schody ruchome prowadzące na parking.
Oparłam się pokusie, żeby się obejrzeć. „Skąd wiedziałaś o tych mężczyznach, Betany?”
„Tata powiedział, że mogą przyjść” – wyszeptała. „Powiedział, że jeśli zobaczę mężczyzn w ciemnych garniturach, którzy będą nas obserwować po jego wyjściu, mam ci powiedzieć, że musimy natychmiast stąd wyjść”. Jej głos był ledwo słyszalny w hałasie lotniska.
Przeszedł mnie dreszcz. Robert – mój praktyczny, racjonalny syn, dyrektor finansowy w Global Meridian Investments – nigdy nie był skłonny do paranoi ani melodramatu. Skoro ostrzegł córkę przed potencjalnymi obserwatorami, musiał mieć ku temu poważne powody.
Parking był w połowie pusty, nasz sedan stał w rzędzie samochodów na trzecim piętrze. Gdy podjechaliśmy, swobodnie rozejrzałem się po okolicy i zauważyłem ciemnego SUV-a z przyciemnianymi szybami, stojącego dwa rzędy dalej. Kierowca najwyraźniej rozmawiał przez telefon lub radio.
„Betany” – powiedziałem cicho – „czy twój ojciec powiedział ci coś jeszcze? Czy powinienem o czymś wiedzieć?”
Poważnie skinęła głową. „Powiedział, że jeśli przyjdą źli ludzie, mam ci dać pana Marchewki. Ma w sobie coś wyjątkowego”. Zawahała się. „A tata powiedział, żebyśmy nie korzystali z telefonów. Mogą podsłuchiwać”.
Odblokowałem samochód i pomogłem Betany wsiąść na tylne siedzenie, zapinając jej pas bezpieczeństwa, po czym obszedłem windę i przeszedłem na stronę kierowcy. W lusterku wstecznym zobaczyłem, jak otwierają się drzwi windy – ukazując dwóch mężczyzn z terminalu.
Dziesięciolecia nauczania historii w szkole średniej nie przygotowały mnie na tę chwilę, ale lata spędzone jako samotna matka po przedwczesnej śmierci mojego męża nauczyły mnie jednej ważnej lekcji: gdy chronisz rodzinę, wahanie jest twoim najgorszym wrogiem.
Odpaliłem silnik i wyjechałem z miejsca parkingowego, kierując się normalnym tempem w stronę wyjazdu. SUV, który zauważyłem wcześniej, również ruszył, ustawiając się w szeregu kilka samochodów za nami.
W kasie zapłaciłem gotówką, zamiast użyć karty kredytowej, którą normalnie bym posiadał. W głowie rozbrzmiewało mi ostrzeżenie Betany’ego dotyczące telefonów. Gdyby mogły podsłuchiwać rozmowy, płatności elektroniczne zostawiłyby równie wyraźny ślad.
Wjeżdżając na autostradę, w ułamku sekundy podjąłem decyzję o ominięciu naszej zwykłej trasy powrotnej na przedmieścia Chicago. Zamiast tego zjechałem zjazdem do centrum, wkraczając w labirynt miejskich ulic, gdzie mogliśmy zgubić naszych obserwatorów w wieczornym korku.
„Betany” – powiedziałam, starając się zachować spokój, jednocześnie nieustannie sprawdzając swoje odbicie w lustrach – „muszę ci natychmiast oddać pana Marchewki”.
Podała mi wysłużonego pluszowego królika. Jego niegdyś białe futro było teraz szare od lat miłości.
„Tata powiedział, że musisz zajrzeć do specjalnej kieszeni” – wyszeptała.
Oddałem królika. „Przytrzymaj go na razie. Jak będziemy w bezpiecznym miejscu, to go sprawdzę”.
„Czy jesteśmy w niebezpieczeństwie, Babciu?” zapytała cichym, ale pewnym głosem.
Spojrzałem jej w oczy w lusterku wstecznym i uderzyło mnie, jak bardzo przypominała Roberta w jego wieku – ten sam poważny wyraz twarzy, gdy stawała twarzą w twarz z trudną prawdą.
„Jeszcze nie jestem pewna, kochanie” – powiedziałam ostrożnie. „Ale twój ojciec wyraźnie chciał, żebyśmy byli ostrożni, więc właśnie to zrobimy”.
SUV trzymał się kilka samochodów za nami, zbyt konsekwentnie, by mógł być zbiegiem okoliczności. Wykonałem serię przypadkowych skrętów ulicami miasta, a moje podejrzenia się nasiliły, gdy zmienił kurs, dopasowując się do naszej pozornie chaotycznej ścieżki.
Moje myśli pędziły jak szalone. W co Robert się wplątał? Dlaczego mnie bezpośrednio nie ostrzegł? Jakie informacje mogły być tak niebezpieczne, że syn mojego księgowego uczyniłby swoją córkę tajnym posłańcem?
Wjechałem na podziemny parking dużego hotelu w centrum miasta, zjechałem na najniższy poziom i znalazłem miejsce częściowo zasłonięte betonowym filarem. Po wyłączeniu silnika siedziałem przez chwilę w bezruchu, zbierając myśli.
„Pozwól mi teraz zobaczyć się z panem Marchewką, Betany.”
Podała mi królika, uważnie go obserwując. Wzdłuż jego grzbietu biegł mały, prawie niewidoczny szew – inny niż fabryczny. Ostrożnie go otworzyłem i znalazłem ukrytą kieszonkę.
W środku znajdował się mały pendrive i odręczna notatka napisana precyzyjnym charakterem pisma Roberta.
Mamo, jeśli to czytasz, to znaczy, że wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie. Nie mogłem ci tego powiedzieć wprost. Zbyt uważnie mnie obserwują. Odkryłem dowody finansowe na masową korupcję i nielegalny handel bronią w Global Meridian. Na pendrive’ie są dowody, ale są zaszyfrowane. Będziesz potrzebować hasła.
Nie wracaj do domu. Nie używaj kart kredytowych ani telefonów. Są wszędzie dostępne. Idź do biblioteki publicznej w centrum miasta. W dziale historycznym znajdź „American Century” Evansa – ulubioną książkę taty. Strona 187 zawiera kolejne instrukcje.
Nie ufaj nikomu poza Thomasem Millerem z Chicago Tribune. On oczekuje dowodów. Przykro mi, że postawiłem ciebie i Betany w takiej sytuacji. Dbaj o jej bezpieczeństwo. Skontaktuję się z tobą, jak tylko będę mógł.
Z miłością, Robert.
Złożyłam notatkę i wsunęłam ją do kieszeni razem z pendrivem. Moje ręce trzęsły się, gdy rzeczywistość zaczęła mnie uspokajać.
Mój syn — najbardziej ostrożna i etyczna osoba, jaką znałem — najwyraźniej natknął się na coś wystarczająco niebezpiecznego, by „uciekł z kraju”, a jego matka i córka stały się zbiegami.
„Co powiedział tatuś?” – zapytała Betany, a na jej młodej twarzy malowała się dojrzałość nieoczekiwana dla jej wieku.
„Że musimy być bardzo odważni” – odpowiedziałem, uruchamiając ponownie samochód – „i że mamy do wykonania bardzo ważną misję”.
Wyjeżdżając inną rampą, dostrzegłem czarnego SUV-a krążącego przed wejściem do hotelu, szukającego nas. Zdobyliśmy chwilową przewagę, ale nie potrwa ona długo.
Przez czterdzieści lat byłam Heleną Carter – wdową, nauczycielką historii, babcią – kobietą, której największe przygody zostały opisane w książkach. Teraz, w ciągu trzydziestu minut, stałam się kimś zupełnie innym: strażniczką niebezpiecznych sekretów, uciekinierką przed nieznanymi zagrożeniami, obrończynią mojej wnuczki i szokującej prawdy, dla której ujawnienia mój syn zaryzykował wszystko.
Wieczór w Chicago rozpościerał się przed nami. Jego znajoma linia horyzontu nagle wydała mi się obca – pełna cieni i potencjalnych zagrożeń. Jeszcze raz spojrzałem w lustra i obrałem kurs na bibliotekę publiczną w centrum miasta, zastanawiając się, ile zwykłych istnień wywróciło się do góry nogami przez jedno szepnięte ostrzeżenie.
Już go nie ma. Musimy już iść.
Sześć prostych słów, które zmieniły wszystko.
Biblioteka Publiczna w Chicago wznosiła się niczym forteca wiedzy na tle ciemniejącego nieba, a jej masywna kamienna fasada rozświetlona była strategicznie rozmieszczonymi światłami. W innych okolicznościach doceniłbym jej majestat. Dziś wieczorem stanowiła jedynie tymczasową przystań – miejsce, gdzie mogliśmy znaleźć kolejny okruszek chleba, który zostawił nam Robert.
Zaparkowałem dwie przecznice dalej w publicznym garażu i znowu zapłaciłem gotówką. Zanim wysiadłem z samochodu, przeszukałem torbę awaryjną w bagażniku – nawyk, który wyrobiłem sobie podczas surowych zim na Środkowym Zachodzie – i znalazłem czapkę baseballową i lekką kurtkę dla siebie oraz bluzę z kapturem dla Betany.
„Zagramy w grę” – powiedziałem jej, idąc w stronę biblioteki, nieustannie skanując wzrokiem otoczenie. „Przez chwilę będziemy udawać, że jesteśmy innymi ludźmi, jak aktorzy w sztuce teatralnej”.
Betany skinęła głową z powagą. „Z powodu złych ludzi?”
„Tak, kochanie. Tylko dla bezpieczeństwa.”
„Mogę być Elsą” – oświadczyła, mając na myśli swoją ulubioną postać filmową.
„A ty możesz być Anną” – podpowiedziałam, wdzięczna za to, że potrafiła przedstawić naszą sytuację jako przygodę, a nie koszmar. „Siostry trzymają się razem, prawda?”
Jej mała dłoń ścisnęła moją, gdy wchodziliśmy po schodach biblioteki.
W środku, w ogromnej sali głównej, pulsowała cicha energia wieczornych bywalców – studentów pochylonych nad laptopami, starszych mężczyzn czytających gazety, młodych profesjonalistów przeglądających nowości. Wtapialiśmy się w ten obraz normalności.
Po prostu babcia i wnuczka odwiedzają bibliotekę w środku tygodnia.
Dział historii zajmował większość trzeciego piętra, rzędy półek tworzyły labirynt obejmujący stulecia i kontynenty. Poruszałem się z sensem, kierując się latami nauczania.
Historia Ameryki. Połowa XX wieku. I tak by to wyglądało.
„American Century autorstwa Evansa” – mruknęłam, przesuwając palcami po grzbietach, aż znalazłam. Gruby tom z wyblakłą obwolutą przedstawiającą kultowy obraz Times Square z Dnia Zwycięstwa w Europie.
Mój zmarły mąż, James, uwielbiał tę książkę i trzymał jej egzemplarz w swoim gabinecie przez całe nasze małżeństwo. Robert nie powoływał się na nią przypadkowo. Używał wiedzy o rodzinie jako zabezpieczenia – czegoś, co nie znalazłoby się w żadnej bazie danych zawierającej nasze dane osobowe.
Zdjąłem tom z półki i otworzyłem na stronie 187, serce waliło mi jak młotem. Pomiędzy stronami opisującymi Plan Marshalla znajdowała się mała koperta. Wsunąłem ją do kieszeni, nie zaglądając do środka, odłożyłem książkę na miejsce i zaprowadziłem Betany do działu dla dzieci.
„Babciu, czy możemy dostać trochę książek?” zapytała, gdy mijaliśmy kolorowe wystawy.
„Nie dzisiaj, kochanie. Musimy iść dalej”. Złagodziłem odmowę delikatnym uściskiem w ramię. „Ale może wybierzesz coś, o czym opowiem ci później – z pamięci”.
Podczas gdy Betany rozważała, którą książkę z obrazkami wybrać, stojącą na obrotowym stojaku, ja znalazłam cichy kąt i przyjrzałam się kopercie.
W środku znajdował się mały, staromodny kluczyk – prawdopodobnie do skrytki depozytowej – i kolejna notatka napisana ręką Roberta.


Yo Make również polubił
Cudowne właściwości drzewa truskawkowego, zapomnianego owocu
Poranna rozkosz: magia śniadania z awokado i jajkiem
Tajne napoje detoksykacyjne spalające tłuszcz i zapewniające płaski brzuch
Wymieszaj miód, cytrynę i sodę oczyszczoną: Podziękujesz mi późniejWymieszaj miód, cytrynę i sodę oczyszczoną: Podziękujesz mi później