Zamierzasz… coś zrobić, prawda? „Będę chronić to, co moje” – powiedział. „Ciebie. Nasze dziecko. Te dzieci w ośrodku, które kochasz. To miasto, w które włożyłem zbyt wiele pracy, żeby pozwolić, by kilka reliktów przeszłości zamieniło je w pole bitwy”. Zawahała się, stare zasady moralne, w których ją wychowano, otarły się o nową rzeczywistość, którą wybrała. „Nie chcę znać szczegółów” – powiedziała cicho. „Ale muszę wiedzieć, że do mnie wrócisz”. Obszedł wyspę i wziął jej twarz w dłonie. „Zawsze” – powiedział. „Zawsze do ciebie wrócę”. Wyszedł godzinę później, a atmosfera w penthousie była napięta od napięcia, które przyprawiało Sarę o gęsią skórkę. Victor został tuż za drzwiami, niczym milczący strażnik. Sarah próbowała odwrócić uwagę od sytuacji, poprawiając plan lekcji, ale słowa rozmywały się na stronie. W końcu dała za wygraną, weszła do pokoju dziecięcego i opadła na bujany fotel. Położyła dłoń na brzuchu. „Hej, maleńka” – mruknęła. „Twój ojciec jest na dworze i… intensywnie się zachowuje”. Dziecko poruszyło się w jej brzuchu, lekko się skręciło, co sprawiło, że gwałtownie wciągnęła powietrze. „Tak” – wyszeptała. „Brzmi całkiem dobrze”. Nad Denver zapadł zmierzch. Zapaliły się latarnie uliczne, zamieniając centrum w morze złotych kropek. Niebo stało się indygo. Miasto szumiało. A Aleksiej wciąż nie wracał. Wiedziała, że lepiej nie dzwonić. Jego świat nie pozwalał na rozproszenie uwagi, gdy był w ruchu. Ale kiedy zegar zbliżał się do północy, niepokój zaczął drapać ją w piersi. O pierwszej w nocy chodziła w tę i z powrotem. O drugiej była na balkonie, owinięta w koc, obserwując ulicę w dole, jakby chciała zakląć w SUV-a. Wiktor pojawił się w drzwiach balkonu. „Wkrótce wróci” – powiedział cicho. „Wiesz, jak on się zachowuje, kiedy… wysyła wiadomości”. „Wiem” – odparła. „Mam problem z tym „wkrótce”. Victor przyglądał jej się przez chwilę, z czymś w rodzaju współczucia w oczach. „Kiedy moja żona była w ciąży z naszym pierwszym dzieckiem, spędziłem całą noc siedząc w samochodzie przed szpitalem, podczas gdy ona rodziła, przekonany, że dostanę telefon z informacją, że coś poszło nie tak, zanim jeszcze wszedłem do środka. Strach czyni dziwne rzeczy”. „Czy on kiedykolwiek ustaje?” – zapytała. Zastanowił się nad pytaniem. „Zmienia kształt” – powiedział. „Ale człowiek uczy się z tym żyć”.
Powoli skinęła głową. „Nie powie mi, co zrobił dziś wieczorem, prawda?” zapytała. „Nie” – odparł Wiktor. „A ty nie chcesz, żeby powiedział”. SUV podjechał dokładnie o trzeciej nad ranem, wślizgując się do prywatnego garażu niczym cień. Aleksiej wysiadł z marynarki przewieszonej przez ramię, poluzowanego krawata, z plamą czegoś ciemnego na mankiecie, która mogła być olejem albo czymś innym. Zacisnął szczękę, a w jego oczach wciąż pulsowała zimna energia, którą nosił w sobie, gdy był w innej części swojego życia. Sarah czekała w drzwiach, boso na ciepłej podłodze. Zatrzymał się na jej widok, a coś w jego postawie natychmiast złagodniało. „Powinnaś spać” – powiedział, zmniejszając dzielący ich dystans. „Powinnaś była być w domu już kilka godzin temu” – odparła. „Były… komplikacje” – powiedział. „Teraz to już załatwione”. „Załatwione” – powtórzyła. „Uwielbiasz to słowo”. „To dobre słowo” – powiedział. – „Nie boisz się go”. „Dziś w nocy wszystko mnie przeraża” – powiedziała szczerze. „Nie z powodu tego, co robisz. Bo coś sobie uświadomiłam”. Znieruchomiał. „Co?” Wzięła jego dłoń i położyła ją na swoim brzuchu, gdzie dziecko kopnęło go lekko, z oburzeniem, jakby zirytowane, że zostało użyte do demonstracji. „Ta mała istota łączy nas w sposób, w jaki nic innego nie potrafiłoby” – powiedziała. „Jeśli coś ci się stanie tam na zewnątrz, to nie tylko ja cię stracę. To oni. Jeśli coś mi się stanie, to nie tylko ty zostaniesz. To oni. Nie jesteśmy już tylko parą. Jesteśmy…” Ścisnęło ją za gardło. „Jesteśmy rodziną” – dokończył cicho. „Tak” – wyszeptała.
A to oznacza, że każde ryzyko, jakie tam podejmujesz, każdy wróg, z którym postanawiasz… się rozprawić… odbija się tutaj”. Wskazała gestem mieszkanie. „Do tego pokoju dziecięcego. Do ich przyszłości”. Powoli wypuścił powietrze, na chwilę zamykając oczy. „Wiem” – powiedział cicho. „Czułem to za każdym razem, gdy dziś wieczorem wchodziłem do pokoju. Patrzyłem na mężczyzn, których znałem od lat i myślałem: Jeśli dotkniesz tego, co moje, nie spocznę, dopóki nic z ciebie nie zostanie. Teraz jest… inaczej”. „Jak inaczej?” – zapytała. „Wcześniej, kiedy podejmowałem ryzyko, myślałem tylko o sobie, mojej ekipie, moim nazwisku” – powiedział. „Jeśli zawiodłem, płaciłem cenę. Teraz…” Znów otworzył oczy i spojrzał na nią. „Teraz porażka nie wchodzi w grę. Nie z powodu dumy. Z powodu ciebie. Z powodu nich”. Sarah wytrzymała jego spojrzenie. „Więc obiecaj mi” – powiedziała cicho. „Obiecaj mi, że zaczniesz myśleć długoterminowo. Nie tylko o kolejnej transakcji, kolejnym problemie, kolejnym zagrożeniu. Pomyśl o dziesięciu latach od teraz. Dwudziestu. Zastanów się, czy to, co robisz dzisiaj, buduje życie, z którego mogą być dumni, czy takie, przed którym będą musieli uciec”. Słaby, smutny uśmiech dotknął jego ust. „Spędziłem większość życia budując coś z cienia”, powiedział. „Chcesz, żebym wyszedł na światło”. „Chcę, żebyś zbudował nam coś, co nie rozpadnie się za każdym razem, gdy ktoś nowy zdecyduje, że chce kawałek”, powiedziała. „Nazwij to… dywersyfikacją. Podoba ci się to słowo”. Parsknął śmiechem. „Używasz mojego słownictwa przeciwko mnie”, powiedział. „To niesprawiedliwe”. „Skuteczne”, powiedziała. „Zbudowałeś już legalne biznesy. Nieruchomości. Budownictwo.
Inwestycje w technologię. Centrum społecznościowe. Bardziej na nich polegaj. Niech inne rzeczy zbledną. Utrudnij ludziom powiedzenie, że jesteś tylko człowiekiem w cieniu”. Patrzył na nią przez długi czas, a w jego oczach niemal widać było wewnętrzne kalkulacje. W końcu skinął głową. „Po urodzeniu dziecka” – powiedział powoli – „zacznę się zmieniać. Więcej czasu spędzę na otwartej przestrzeni. Mniej w ukryciu. Nie mogę wymazać tego, co zrobiłem. Ale mogę zmienić równowagę”. „Zacznij teraz” – powiedziała. „Choćby odrobinę. Pokaż, że mówisz poważnie”. Zastanowił się nad tym, a potem znowu skinął głową. „Jutro zadzwonię do Mikeya” – powiedział. „Zaczniemy przenosić niektóre z bardziej… wątpliwych źródeł dochodu na czystsze fronty albo całkowicie je zamkniemy. To nie będzie szybkie. To nie będzie łatwe. I niektórych to rozgniewa”. „Niech się wściekają” – powiedziała. „Mówiłeś mi kiedyś, że prawdziwa władza nie jest głośna. Jest cicha. Jest stabilna. Nie musi ciągle się udowadniać. To twoja szansa, żeby to udowodnić”. Uniósł rękę i odgarnął jej kosmyk włosów z twarzy. „Mogłabyś poślubić dentystę”, powiedział. „Albo nauczyciela. Albo faceta, który zajmuje się arkuszami kalkulacyjnymi w firmie ubezpieczeniowej w Aurorze”. „Nienawidzę arkuszy kalkulacyjnych”, powiedziała. „I myślę, że wszechświat doskonale wiedział, co robi, kiedy wysłałam ten zły SMS”. „Ja też” – mruknął. Pocałował ją wtedy powoli i długo, jedną ręką spoczywając na jej brzuchu, a drugą obejmując jej kark. Dziecko znów kopnęło, niczym małe, niecierpliwe przypomnienie, że oni również są częścią tej rozmowy. Następne tygodnie były pełne subtelnych zmian. Na powierzchni życie toczyło się prawie tak samo jak wcześniej. Sarah pracowała w ośrodku, uczyła się wieczorami do zajęć i uczęszczała na wizyty prenatalne. Aleksiej wciąż miał spotkania, wciąż odbierał telefony o nietypowych porach, wciąż miał ochronę, która prawdopodobnie mogłaby powstrzymać małą inwazję. Ale w głębi ducha prądy się zmieniały. Podsłuchała fragmenty rozmów – słowo „strategia wyjścia” od Mikeya, zwrot „nacisk na legitymizację” od Dimitriego.
Odbyło się więcej akcji charytatywnych, więcej projektów skierowanych do społeczeństwa. Aleksiej pojawił się w dziale biznesowym „Denver Post” dwa razy w miesiącu, nie z powodu sensacji, ale z powodu darowizny na nowy program nauczania umiejętności czytania i pisania oraz sponsorowania funduszu stypendialnego na lokalnym uniwersytecie. „Stajesz się szanowany” – zażartowała, machając mu gazetą pewnego ranka przy śniadaniu. „Uważaj, mogą cię zaprosić na lunche Rotary”. „Jeśli zacznę nosić koszulki polo i mówić o swoim handicapie, proszę, niech mnie ktoś przebada” – odparł sucho. „Nie wiem, może uznam to za urocze” – powiedziała. „Nie groź mi” – odparł, ale w jego oczach było ciepło. Nie wszyscy byli zachwyceni tą zmianą. Niektóre dawne kontakty Aleksieja zbladły, dryfując w stronę innych postaci w cieniu, bardziej zainteresowanych konkretnymi rodzajami operacji. Kilka osób wydało dźwięki, grożąc ujawnieniem rzeczy, które były starannie skrywane. Wtedy właśnie zainteresowanie nim w biurze terenowym w Denver znów wzrosło. „Vulkoff wycofuje się z niektórych swoich starych schematów” – relacjonował jeden z agentów, wskazując na harmonogramy na tablicy. „Przychody z niektórych podejrzanych przez niego działań spadają. Legalne firmy rosną. Przybliża mu się wizerunek człowieka z towarzystwa”. „Myślisz, że będzie czysty?” – zapytał sceptycznie inny. „Tacy mężczyźni zazwyczaj nie przechodzą na emeryturę. Albo ich zwalniają, albo zmieniają kierunek”. Ich przełożona popijała kawę. „Zmiana kierunku wciąż się przydaje” – powiedziała. „Zmniejsza się szkody bez strzelaniny. Może chce, żeby jego dziecko dorastało, nie widząc go na zdjęciu policyjnym”. „Może po prostu chce nam utrudnić przypisanie mu czegokolwiek” – powiedział pierwszy agent. „Tak czy inaczej” – odpowiedział ich szef – „obserwujemy. Dokumentujemy. Czekamy. Jeśli stanie się kolejnym bogatym biznesmenem z Denver, krążącym wokół jakichś niejasnych plotek, nie będę przez to tracił snu z powiek.
Mamy większe problemy niż duchy”. Sarah nie znała szczegółów. Wiedziała tylko, że Aleksiej wracał do domu trochę wcześniej większości nocy, że rzadziej opuszczał obiady, że więcej czasu spędzał na rozmowach o pozwoleniach na budowę, przepisach dotyczących zagospodarowania przestrzennego i polityce rady szkolnej niż na rozmowach o dostawach bezpieczeństwa. Wiedziała tylko, że kiedy budziła się w środku nocy z skurczem i nagłym atakiem strachu, że coś jest nie tak, on był obok niej, a nie po drugiej stronie miasta w magazynie. Zdarzyło się to w śnieżną grudniową noc, taką, w której ulice Denver wyglądały jak posypane cukrem pudrem. Okna apartamentu były lekko zaparowane od panującego w środku upału, a miasto w dole błyszczało w szybie. Sarah obudziła się z ostrym bólem w dole brzucha i poczuciem, że dzieje się coś złego, które sprawiło, że jej serce zabiło mocniej. Sapnęła, dłoń powędrowała do brzucha. Dziecko zareagowało, turlając się, a potem uspokoiło. Powrócił kolejny skurcz, silniejszy. „Alex” – wyszeptała, a potem głośniej, gdy się nie poruszył. „Alex”. Rozbudził się natychmiast, lata treningów wyrwały go z zamyślenia. „Co się stało?” zapytał, już na wpół siadając. „Coś jest nie tak” – zdołała wydusić. „To… boli. Jest za wcześnie”. Jego twarz zbladła. „Jak wcześnie?” – zapytał, nawet się poruszając, chwytając spodnie dresowe i telefon. „Trzy tygodnie” – powiedziała, próbując złapać oddech, mimo bólu. Rozmawiał przez telefon, zanim skończyła, a jego głos był szorstki i natarczywy, gdy rozmawiał z doktorem Petro. W ciągu kilku minut byli już w SUV-ie. Victor jechał, jakby drogi były czyste w biały dzień, a nie śliskie od śniegu i gołoledzi. Miasto rozmywało się w oddali – latarnie uliczne, sygnalizacja świetlna i świecący czerwony krzyż znaku szpitala. Na tylnym siedzeniu Aleksiej trzymał ją za rękę tak mocno, że aż zbielały mu kostki. „Oddychaj, Sarah” – powiedział, a jego własny głos lekko drżał. „Jestem tuż obok. Już prawie jesteśmy na miejscu”. „A co jeśli…” Nie mogła dokończyć zdania. Ścisnął jej dłoń jeszcze mocniej. „Nie kończ tego” – powiedział gwałtownie. „Nie stracimy ich. Słyszycie mnie? Nie stracimy”. Doktor Petro spotkał się z nimi przy wejściu do szpitala, kierując ich do cichego skrzydła, z dala od chaosu izby przyjęć. Pielęgniarki obchodziły Sarę z opanowaniem, podłączając monitory, odczytując wyniki. Bicie serca dziecka rozbrzmiewało echem w sali, szybkie i uporczywe. Silne. „Bicie serca jest prawidłowe” – powiedział doktor Petro, wpatrując się w ekran. „To jest teraz najważniejsze”.
Co się dzieje?” zapytała Sarah, walcząc ze łzami. „Niektóre kobiety tego doświadczają. Przedwczesne skurcze. Czasami ciało staje się… nadmiernie entuzjastyczne” – powiedział. „Często udaje nam się to opanować lekami i odpoczynkiem. Będziemy was oboje uważnie obserwować”. Aleksiej stał obok łóżka, jedną ręką opierając się o jej ramię, a drugą o poręcz, jakby tylko to powstrzymywało go przed rozpadnięciem się na kawałki. „Powiedz mi, czego potrzebujesz” – zwrócił się do lekarza. „Sprzętu, specjalistów, innego szpitala…” „Mamy wszystko, czego potrzebujemy” – przerwał mu delikatnie dr Petro. „Pani Vulkoff potrzebuje spokoju, odpoczynku i jak najmniej stresu”. Spojrzał na nich. „To obejmuje minimalizowanie… powikłań zewnętrznych”. Sara potrzebowała chwili, by zrozumieć, że przez „powikłania zewnętrzne” miał na myśli wszystko, co wiązało się z nazwiskiem Aleksieja. Bezpieczeństwo. Wrogów. Śledztwo. Wszystko. „Mogę to zrobić” – powiedział Aleksiej, a w jego głosie zabrzmiało coś w rodzaju przysięgi. „Zrobię wszystko, co będzie trzeba”. Następne czterdzieści osiem godzin to była mgła monitorów, leków i szeptanych modlitw. Sara leżała na szpitalnym łóżku, obserwując linie na ekranie symbolizujące jej skurcze, które powoli się wydłużały i słabły. Aleksiej nie chciał wyjść. Kiedy pielęgniarka delikatnie zasugerowała, że może powinien wrócić do domu i odpocząć, spojrzał na nią tak, jakby zasugerowała mu przeprowadzkę do innego stanu. „Odpocznę, kiedy oboje będą bezpieczni” – powiedział po prostu. Spał na krześle obok jej łóżka krótkimi, niespokojnymi zrywami, budząc się na każdy sygnał. Odbierał telefony na korytarzu, niskim i precyzyjnym głosem, instruując swoich ludzi, żeby załatwiali sprawy bez niego, żeby trzymać kłopoty z dala od szpitala. Drugiej nocy, gdy skurcze ustały, a leki zdawały się działać, Sara obudziła się i zobaczyła go siedzącego przy oknie, z pomarańczową poświatą latarni w Denver. Trzymał głowę w dłoniach. Nigdy nie widziała go tak zmęczonego. „Hej” – powiedziała cicho. Uniósł głowę, wymuszając lekki uśmiech. „Nie chciałem cię budzić” – powiedział.
Potrzebujesz odpoczynku”. „Ty też” – odpowiedziała. „Chodź tutaj”. Wstał i podszedł do niej, pozwalając jej wziąć się za rękę. „Boisz się?” – zapytała cicho. „Przerażona” – przyznał. Szczerość w jego głosie wstrząsnęła nią bardziej niż jakakolwiek brawura. „Byłem w pokojach, gdzie wszyscy chcieli mojej śmierci, a bałem się mniej niż teraz, patrząc na liczby na ekranie”. „Witamy w rodzicielstwie” – powiedziała drżącym głosem. „To wszystko liczby na ekranach i zamartwianie się, czy zjadły wystarczająco dużo warzyw i czy są szczęśliwe”. „Nie jestem do tego przygotowany” – powiedział. „Żadne z nas nie jest” – odpowiedziała. „Po prostu… radzimy sobie na bieżąco”. Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, po czym pochylił się i przycisnął czoło do jej czoła. „Próbuję, Sarah” – wyszeptał. „Próbuję być mężczyzną, na jakiego ty i to dziecko zasługujecie. Każdego dnia próbuję”. „Już jesteś” – powiedziała. „Nawet gdy nie masz na to ochoty”. Kryzys minął. Lek zadziałał. Skurcze ustały. Po trzech dniach lekarze zgodzili się, że może wrócić do domu, pod ścisłym warunkiem leżenia w łóżku, ale w zmodyfikowanej pozycji. „Żadnego dźwigania” – powiedział stanowczo dr Petro. „Bez stresu. Żadnych długich dni na nogach w ośrodku. Musisz myśleć o sobie jak o niezwykle cennym dziele sztuki, które wymaga ostrożnego obchodzenia się”. „Nie jestem wazą z dynastii Ming” – zaprotestowała. „Na razie nią jesteś” – odpowiedział sucho. „Traktuj się odpowiednio”. „Słyszałaś mężczyznę” – powiedział Aleksiej. „Teraz jesteś oficjalnie krucha”. „Jestem oficjalnie w ciąży” – poprawiła. „A ty jesteś oficjalnie niemożliwa”. Ale postąpiła zgodnie z instrukcjami. Poruszała się wolniej. Pozwoliła innym nosić rzeczy.
Przyjęła pomoc, nawet gdy pięć lat temu splunęłaby na samą myśl. Dziecko, które próbowało urodzić się zbyt wcześnie, uspokoiło się, rosło, kopiąc, dając znać o swojej obecności zdecydowanymi ruchami, które czasem rozśmieszały ją do łez. Zima w Denver pogłębiała się, miasto lśniło pod warstwami śniegu i świątecznymi światełkami. Penthouse przypominał ciepły kokon, odizolowany od najgorszego zimna. W jego murach mężczyzna, który kiedyś szczycił się swoją nietykalnością, stał każdej nocy przy wciąż pustym łóżeczku, z ręką lekko spoczywającą na poręczy, szepcząc cicho historie o przyszłości, o której nigdy nie śmiał marzyć. A Sarah, leżąc w ich łóżku z jedną ręką na brzuchu, a drugą wyciągniętą do niego przez prześcieradło, wiedziała z pewnością, głębszą niż strach, że cokolwiek nastąpi – jakiekolwiek bitwy, kompromisy czy transformacje ich czekają – to było życie, jakiego pragnęła. Nie idealne. Nie bezpieczne w tradycyjnym, podmiejskim sensie. Ale życie, w którym zły numer w zniszczonym telefonie w tanim mieszkaniu stał się rodziną, w mieście, które teraz wydawało się niezaprzeczalnie i nieodwołalnie domem.


Yo Make również polubił
7 powodów, dla których warto jeść jajka na śniadanie
Na moim ślubie mój ojciec wstał i oznajmił, że mi przerywa: „I tak nie jesteś moją prawdziwą córką”. Tłum zamarł. Uśmiechnęłam się, podeszłam do mikrofonu i powiedziałam: „Skoro dzielimy się sekretami DNA…”. Wyciągnęłam kopertę… TWARZ JEGO ŻONY ZBIELIŁA SIĘ JAK PAPIER, GDY TO WYJAŚNIŁAM…
Woda imbirowa: orzeźwiający i leczniczy napój
10 kosztownych błędów, których należy unikać podczas korzystania z frytkownicy powietrznej