Niemowlak krzyczał bez przerwy w dyliżansie, dopóki wdowa nie zrobiła czegoś nie do pomyślenia dla bogatego kowboja… – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Niemowlak krzyczał bez przerwy w dyliżansie, dopóki wdowa nie zrobiła czegoś nie do pomyślenia dla bogatego kowboja…

Niemowlak bez przerwy krzyczał w dyliżansie, aż wdowa zrobiła coś nie do pomyślenia dla bogatego kowboja

Dyliżans wpadł w głęboką koleinę i zakołysał się tak mocno, że pasażerowie chwycili się siedzeń, jakby drewno mogło ich uratować. Sprężyny zajęczały, latarnia się zakołysała, a całe pudło zdawało się unosić nad ziemię na pół oddechu, zanim znów rozsypało się w pył.

Wtedy dziecko znowu krzyknęło, głośniej niż koła, głośniej niż konie, głośniej niż przekleństwa woźnicy z przodu. Dźwięk przebił się przez upał i żwir i wbił się prosto w czaszkę każdego mężczyzny niczym szpikulec.

Dwóch dorosłych mężczyzn wyglądało, jakby woleli wyskoczyć na prerię, niż przesiedzieć jeszcze jeden kilometr. Jeden próbował już naciągnąć czapkę na uszy, jakby filc mógł powstrzymać cierpienie, a drugi wiercił się i wiercił, jakby szukał miejsca, z którego dźwięk nie będzie do niego docierał.

To nie sierpniowe słońce piekło powóz jak piec. To nie brud wdzierał się przez każdą szparę i osadzał na językach i zębach. To było dziecko – czerwone na twarzy i wściekłe – płaczące, jakby świat je zdradził i wszyscy w środku musieli za to zapłacić.

Płacz nie nadchodził falami. Był ostry i stały, jakby dziecko obiecało, że nigdy nie przestanie.

Dziecko należało do najbogatszego mężczyzny w dyliżansie.

Owen Sutton siedział sztywno na najlepszym miejscu, w eleganckim płaszczu, który był za ciężki na tę pogodę, a buty wciąż wypolerowane od kurzu ze szlaku. Nawet ciasno w chwiejnym pudle, poruszał się jak człowiek przyzwyczajony do przestrzeni.

Wyglądał jak człowiek, który rozkazał ziemi, bydłu i dorosłym mężczyznom zająć swoje miejsce i patrzył, jak ich słuchają. Ale w ramionach trzymał maleńki pakunek, którego nie dało się rozkazać.

Pięści dziecka drżały, usta miał szeroko otwarte, policzki wilgotne, a szczęka Owena zacisnęła się tak mocno, że mięsień na jego twarzy drgnął. Miał szczękę, którą podziwiają mężczyźni w saloonach, taką, która sugerowała, że ​​nie ustąpi.

Dziś widać, że utrzymuje się w ryzach jedynie siłą.

Sześciu pasażerów opuściło Cheyenne o świcie, kierując się do Fort Collins. Bilet kosztował osiem dolarów od osoby, a wszyscy czuli się oszukani przy każdym podskoku kół.

Tego ranka w Cheyenne panował ożywiony hałas – młoty uderzające o drewno, koła wozów grzęznące w błocie, mężczyźni przekrzykujący się nawzajem, jakby głośność była dowodem wartości. W biurze dyliżansowym unosił się zapach tytoniu, atramentu i potu, a urzędnik, który przyjmował opłatę, obiecał „dość gładką jazdę, jeśli pogoda dopisze”.

Pogoda dopisała. Ziemia nie.

Geodeta kolejowy o nazwisku Pruitt siedział obok Owena, próbując czytać podręcznik, który z powodu drżenia i krzyków nie mógł się skupić. Był chudym mężczyzną o opalonych policzkach i niespokojnych oczach, takich, które mierzyły odległości, nawet gdy nie trzymał łańcucha.

Podręcznik leżał otwarty na jego kolanach, a strony przewracały się przy każdym poruszeniu.

Za każdym razem, gdy próbował odnaleźć swoje miejsce, w tle słychać było płacz dziecka, a jego oczy zaczynały drgać, jakby miał zamiar rzucić książką, słysząc ten dźwięk.

Naprzeciwko Owena siedziała kobieta w średnim wieku, która odwiedzała siostrę. Nazywała się pani Keene, choć początkowo tego nie powiedziała; powiedziała po prostu, że „jedzie do Fort Collins, żeby pomóc siostrze w organizacji jarmarku”, jakby jarmark był jedynym powodem, dla którego kobieta może podróżować.

Miała na sobie słomkowy kapelusz, mocno spięty, a na kolanach trzymała małą torebkę, jakby zawierała w sobie ostatnią cząstkę jej godności.

Starszy mężczyzna spał z otwartymi ustami, chrapiąc mimo hałasu, jakby miał w tym talent. Miał siwą brodę, a kapelusz zwisał mu na czoło, a za każdym razem, gdy powóz się szarpał, jego głowa lekko uderzała o ramę okna.

Przy oknie, cicha jak cień, siedziała Vera Buckley.

Vera miała na sobie prostą szarą sukienkę i prosty czepek, bez wstążek, bez koronek, bez niczego, co przyciągałoby wzrok. Trzymała dłonie ciasno złożone na kolanach, jakby nauczyła się zajmować mniej miejsca na świecie.

Wpatrywała się w falującą trawę i odległą szarą linię gór, próbując udawać, że jest sama.

Ale nie była sama.

A jej ciało nie pozwalało jej o tym zapomnieć.

Bo Vera znała ten krzyk.

Na początku to była złość – czyste oburzenie, że tak małe stworzenie może wydawać się takie wielkie. Ale teraz głos dziecka stał się cienki i rozpaczliwy, a jego ton zmienił się w coś, co sprawiło, że skóra na ramionach Very napięła się.

Odgłosy głodu i paniki mieszały się ze sobą.

Vera zacisnęła palce tak mocno, że aż zbielały jej kostki. Pierś bolała ją gorąco i ciężko pod sukienką, a wstyd ją ogarnął, bo doskonale wiedziała, dlaczego.

Sześć miesięcy temu pochowała swoją córeczkę, Marthę.

Marta żyła zaledwie trzy tygodnie. Trzy tygodnie cichych westchnień, cichych czkawek i kruchego ciężaru jej ciała na przedramieniu Very. Trzy tygodnie, podczas których Vera obserwowała każdy oddech jak modlitwę.

Marta była za mała, za wcześnie, a jej płuca nigdy nie nauczyły się walczyć.

Położna powiedziała: „Czasami rodzą się już zmęczone”, a gdy zmęczenie wzięło górę, zaoferowała Verze najokrutniejsze pocieszenie na świecie.

„Zrobiłeś, co mogłeś.”

Vera chciała krzyczeć, że nie zrobiła wystarczająco dużo.

Ciało Very nie rozumiało straty. I tak produkowało mleko. I produkowało je, nawet gdy kołyska była pusta.

Próbowała ciasnych okładów z tkaniny, zimnej wody, gorzkich herbat i długich nocy żałoby. Przyciskała ręczniki do siebie, aż skóra piekła ją z zimna. Łykała zioła, od których skręcało jej się w żołądku.

Problem osłabł, lecz nie ustał całkowicie.

Teraz, trzy stopy od głodnego niemowlęcia, jej ciało odpowiedziało na płacz, jakby był to wołanie skierowane do niej.

Vera przełknęła ślinę i zmusiła się, by znów wyjrzeć za okno.

Preria rozpościerała się bladozłotym pasem i przydymioną zielenią, niczym szerokie, obojętne morze. Wysoko w górze krążył jastrząb. W oddali stado antylop spłoszyło się na dźwięk powozu i rozpierzchło się niczym rozsypana fasolka.

Vera próbowała się na tym skupić – na odległości, na przestrzeni, na czymkolwiek innym niż ból w okolicy żeber.

Ale dziecko krzyczało i jej ciało reagowało.

Owen przesunął syna i ponownie spróbował butelki. Próbował od pierwszej mili za Cheyenne, ogrzewając mleko na własnej skórze i mierząc kąt, jakby to było narzędzie, które mógłby opanować.

Dziecko odwróciło głowę jak człowiek odmawiający wypicia złej kawy.

Owen spróbował kołysania, a następnie przemówił cicho i stanowczo, jakby chciał, żeby dziecko uszanowało jego rozsądek.

„Słuchaj”, mruknął Owen napiętym głosem. „Masz jedzenie. Bierz je”.

Nic nie pomogło.

„Może ma kolkę” – mruknął Pruitt, a w jego oczach malowało się zmęczenie i irytacja. Nie patrzył na Owena, kiedy mówił; patrzył na dziecko, jakby to ono go osobiście obraziło.

Owen na niego nie spojrzał.

„Nakarmiono go. Przebrano. Powietrze jest w porządku.”

„Cóż, coś jest nie tak” – powiedział Pruitt.

“Ja wiem.”

Owen warknął, a potem zniżył głos, jakby gniew mógł wystraszyć dziecko i zmusić je do milczenia.

“Ja wiem.”

Owen miał trzydzieści cztery lata, posiadał tysiące akrów ziemi i walczył z dzielnymi ludźmi o prawa do wody, wygrywając. Jego nazwisko znaczyło od Cheyenne po Denver, a ludzie, którzy go nienawidzili, wciąż musieli go szanować.

Jednak nie potrafił powstrzymać płaczu swojego dziecka.

Jego żona, Caroline, zmarła osiem tygodni temu przy porodzie.

Poród trwał cały dzień. Lekarz zrobił, co mógł. Było za dużo krwi.

Caroline zmarzła w dłoni Owena, podczas gdy on patrzył na nią i próbował pojąć, jak życie mogło się tak rozpaść w ciągu jednej godziny.

Od tamtej pory Owen zatrudnił pomoc. Mamka z miasta przychodziła codziennie, karmiła dziecko i odchodziła.

Jednak dzień wcześniej wysłała wiadomość, że jej własne dziecko jest chore i ona nie może podróżować.

Owen został sam z butelkami, mlekiem kozim i niemowlęciem, które odmówiło przyjęcia obu pokarmów.

W ten sposób Owen znalazł się w dyliżansie, zmierzając do swojej siostry w Fort Collins, mając nadzieję, że ona zna kogoś, kto mógłby mu pomóc, mając nadzieję, że dziecko przeżyje podróż, mając nadzieję, że nie zawiedzie jedynej osoby, którą Caroline zostawiła.

Nawet trzymając dziecko, Owen siedział jak człowiek przygotowujący się do walki.

Nie był przyzwyczajony do bezradności.

Płacz dziecka stał się głośniejszy, a potem znowu cichszy. Twarz dziecka była czerwona jak plama, usta szeroko otwarte, a dźwięk dochodził z tak głębokiego miejsca, że ​​wydawało się niemożliwe, by tak małe ciało mogło go pomieścić.

Pani Keene zacisnęła usta.

„Brzmi, jakby był głodny” – powiedziała cicho, jakby sprawdzała, czy to prawda.

Owen spojrzał na nią bystro.

„Został nakarmiony” – powtórzył, uparty jak słupek ogrodzeniowy.

Pani Keene skinęła głową, jakby nie chciała kłócić się z mężczyzną, który wyglądał, jakby potrafił kupować argumenty i jeszcze dostać resztę.

Pruitt prychnął.

„Boże” – mruknął. „Jeśli tak brzmi wychowywanie dzieci, to zaryzykuję z dynamitem”.

Starzec chrapał.

Vera siedziała nieruchomo.

Trzymała dłonie tak mocno złożone, że aż czuła mrowienie w palcach.

Miała wrażenie, że pierś wypełnia się żarem, jakby jej ciało przygotowywało się na dziecko, którego nie było. Wstyd palił ją w oczach, bo wiedziała, czego pragnie jej ciało i co ludzie powiedzą.

Wdowa.

Nieznajomy.

Dziecko bogatego człowieka.

Życzliwość miała swoją cenę dla kobiet takich jak ona.

Zwłaszcza na terenie, gdzie każdy obserwował każdego jak sport.

Na stacji przekaźnikowej za Cheyenne dyliżans w końcu wjechał na podwórze wydrążone z kurzu i uporu.

Wszędzie unosił się zapach koni i starego potu. Kilka budynków pochylało się pod wiatr, spajanych gwoździami, linami i niechęcią do przyznania się do porażki.

Woźnica zszedł z konia, przeklął i splunął na ziemię, a konie pokręciły głowami, pieniąc się pod wpływem wędzidła.

Pasażerowie wysiedli i rozprostowali zdrętwiałe nogi.

Pruitt odszedł kilka kroków i oddychał jak człowiek, który uniknął utonięcia.

Pani Keene wygładziła spódnicę i małymi krokami starała się, aby kurz nie wspinał się po jej rąbku.

Starzec zamrugał i ocknął się, rozejrzał się dookoła, jakby zapomniał, gdzie się znajduje, po czym ziewnął tak szeroko, że aż pękło.

Owen pozostał blisko trenera, tuląc dziecko do piersi.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Wow, smak jest nie do opisania! Jestem gotowa na kolejną rundę gotowania!

Pikantne kąski sriracha kielbasa z wolnowaru to zachwycające połączenie wschodnioeuropejskiej kiełbasy i pikantnego, kwaskowatego sosu sriracha. Pochodząca pierwotnie z Polski ...

Pomogłem bezdomnej dziewczynie wyjść z burzy – a potem dała mi medalion, o którym myślałem, że przepadł na zawsze

Deszcz lał strumieniami, zamieniając drogi w rzeki, a niebo w szarą mgłę. Mój stary dom trzeszczał pod ciężarem burzy, wiatr ...

Sekrety kwitnącego Anturium: Jak dbać o tę roślinę, by cieszyć się jej pięknem przez cały rok

🌺 Sekrety Kwitnącego Anturium 🌸 Jak dbać o tę wyjątkową roślinę, by cieszyć się jej pięknem przez cały rok? 📋 ...

Eliksir zdrowia z liści laurowych i oliwy: domowy sposób, który zaskoczy Twoje ciało i zmysły

Wprowadzenie: Liść laurowy to nie tylko przyprawa do zup i gulaszy. W połączeniu z oliwą z oliwek staje się potężnym ...

Leave a Comment