Niemowlak krzyczał bez przerwy w dyliżansie, dopóki wdowa nie zrobiła czegoś nie do pomyślenia dla bogatego kowboja… – Page 2 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Niemowlak krzyczał bez przerwy w dyliżansie, dopóki wdowa nie zrobiła czegoś nie do pomyślenia dla bogatego kowboja…

Dziecko zamarło w bezruchu, trzęsąc się i łkając, jakby przełknęło resztki gniewu.

„Nic ci nie jest” – wyszeptał Owen, podskakując w rytmie, który, jak miał nadzieję, był łagodny. „Żyjesz. To powinno coś znaczyć”.

Dziecko zaskomlało i schowało twarz w płaszczu Owena.

Płaszcz Owena był z ciemnej wełny, zbyt ciężki jak na ten dzień. Niósł zapach konia, skóry i czegoś delikatnie czystego pod spodem – może mydła albo śladu perfum Caroline, których Owen nie chciał zmyć.

Vera stała w cieniu budynku komisariatu i obserwowała chodzącego Owena.

Poruszał się jak człowiek, który umiał zaprzęgać bydło, ale nie umiał uspokoić dziecka. Każdy krok był zbyt pewny. Każde odbicie było lekko niecelne.

Próbował, a to sprawiło, że Very zaczęło boleć coś w piersi.

Ponieważ wysiłek nie zawsze cię uratował.

Very znów poczuła ucisk w piersi i odwróciła wzrok, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek wyczytać z jej twarzy.

Dawno temu dowiedziała się, że ludzie potrafią odczytać smutek i przekształcić go w broń.

Kiedy mąż Very zmarł — Eli Buckley, który zginął w nagłym wypadku, w wyniku którego jego buty pozostały przy drzwiach, a dłonie na zawsze pozostały nieukończone — sąsiedzi przynieśli zapiekanki i wyrazy współczucia.

Najpierw.

Potem, z upływem tygodni, zaczęli patrzeć na nią inaczej.

Wdowa po dwudziestce była obiektem zainteresowania ludzi.

Niektórzy mężczyźni patrzyli zbyt długo.

Niektóre kobiety zwracały uwagę na błędy.

Kiedy Marta umarła, współczucie przerodziło się w coś innego – w niepokojący dystans, jakby tragedia mogła być zaraźliwa.

Vera postanowiła, że ​​musi odejść, zanim jej smutek stanie się jedyną historią, jaką ludzie o niej opowiadają.

Jej kuzyn napisał z Fort Collins, oferując pracę w pensjonacie, obiecując dach nad głową i szansę na nowy start.

Vera spakowała, co mogła, i wsiadła do dyliżansu, bo pobyt w jej rodzinnym mieście przypominał mieszkanie w pokoju, w którym całe powietrze zostało już wciągnięte.

Wróciliśmy do wagonu, godzinę po stacji przekaźnikowej, a krzyki stały się jeszcze gorsze niż wcześniej.

Płacz dziecka nabrał teraz ostrych tonów – dziki i przerażony. Głód wyostrzył go do rozmiarów małego zwierzątka.

Pruitt wstał tak szybko, że kolanami dotknął siedzenia.

„Jadę na górze z kierowcą” – powiedział i wysiadł przez przednie drzwi, wybierając niebezpieczeństwo zamiast hałasu.

W ten sposób Owen trzymał dziecko, Vera wpatrywała się w okno, pani Keene obserwowała ich szeroko otwartymi oczami, a starszy mężczyzna chrapał jak powalone drzewo.

Ręce Owena drżały. Jego twarz zbladła pod warstwą kurzu.

Coś w jego oczach zdawało się być bliskie pęknięcia.

Usta dziecka otwierały się i zamykały, jakby próbowało ugryźć powietrze. Jego pięści uderzały w klatkę piersiową Owena.

Owen kołysał się mocniej.

Dziecko krzyczało coraz głośniej.

Vera poczuła, jak mleko nagle wypływa z jej ust, i jęknęła, przyciskając mocno rękę do klatki piersiowej, jakby chciała zmusić swoje ciało, by przestało się tym przejmować.

Próbowała pozostać na swoim miejscu.

Próbowała trzymać się od tego z daleka.

Jednak płacz dziecka stał się cichy, a dźwięk tak rozpaczliwy, że Very zrobiło się niedobrze.

Płacz nie był już tak głośny.

To było słabe.

A Vera nie mogła już tego znieść.

Ona wstała.

Trener zachwiał się, a Owen gwałtownie podniósł głowę.

Jego oczy spotkały się z jej oczami — pełne obronności i zmęczenia, jak u człowieka gotowego stanąć przed sądem.

„On jest głodny” – powiedziała Vera.

Głos Owena był szorstki.

„Został nakarmiony.”

„Nie tak, jak trzeba” – odpowiedziała Vera.

Słowa zawisły ciężko w gorącym, zakurzonym powietrzu.

Owen patrzył na nią, jakby nie chciał zrozumieć.

A potem to zrobił.

Nadzieja i szok przemknęły mu przez twarz w tym samym momencie, tak szybko i szczerze, że Vera niemal odruchowo odwróciła wzrok.

Vera przełknęła ślinę.

„Straciłam córkę sześć miesięcy temu” – powiedziała. „Moje ciało o tym nie zapomniało”.

Owen wstrzymał oddech.

„Zrobiłbyś to?” – zaczął, ale urwał, jakby słowa były zbyt duże, by je pomieścić. „Zrobiłbyś to dla niego?”

Vera spojrzała na dziecko.

Nie Owen.

„Dla niego” – powiedziała Vera. „Nie dla ciebie”.

Ręka pani Keene powędrowała do ust.

Starzec chrapał.

Owen spojrzał na nich, a potem z powrotem na Verę.

Wyglądał jak człowiek stojący na skraju klifu, zastanawiający się, czy upadek będzie gorszy od pozostania na nim.

Sięgnął w górę i zaciągnął cienką zasłonę na drążku, tworząc w ten sposób mały kącik prywatności w autokarze, który nie dawał prawie żadnej prywatności.

Zasłona była wyblakła, bardziej symboliczna niż solidna, ale to było coś.

Vera usiadła za nim, a jej serce waliło.

Jej ręce drżały, ale starała się je uspokoić.

To była życzliwość.

I to było coś, o czym cały świat będzie mówił.

Wdowa opiekująca się dzieckiem bogatego farmera.

Ludzie mieliby swoje opinie, a opinie te mogłyby zniszczyć kobietę szybciej, niż głód.

Owen stał po drugiej stronie zasłony, a dziecko wciąż krzyczało.

Jego głos był niski i napięty.

„Jesteś pewien?”

Very ścisnęło się gardło, ale zachowała spokój w głosie.

„Jeśli mi go oddasz, nie będziesz mógł go cofnąć w połowie drogi” – powiedziała. „Musisz wybrać”.

Dziecko znów krzyknęło, jakby błagało o dokonanie wyboru.

Owen zawahał się na jeden oddech.

Następnie odsunął zasłonę na odpowiednią odległość i oddał syna w ramiona Very, jakby oddawał jej swoje serce.

A Vera wiedziała, w chwili gdy to małe, rozgniewane ciało przywarło do niej, że nic w jej życiu nie będzie już proste.

Dziecko na początku stawiało opór.

Jego twarz była czerwona, małe ciało zesztywniałe ze złości, a jego krzyk wypełnił niewielką przestrzeń za cienką zasłoną.

Vera trzymała go tak, jak pamiętała, że ​​trzymała Marthę – ostrożnie i pewnie, podtrzymując jego głowę, przyciągając go bliżej, aby mógł poczuć ciepło i równy oddech.

„Cicho” – wyszeptała, nie dlatego, że myślała, że ​​to cokolwiek naprawi, ale dlatego, że dziecko potrzebowało usłyszeć głos, który nie brzmiałby przestraszony. „Cicho, maleńka”.

Jej ręce poruszały się z cichym, celowym ruchem.

Rozluźniła gorset na tyle, by jak najlepiej zakryć się w ciasnym kącie, i skierowała dziecko tam, gdzie głód go ciągnął.

Przez chwilę stawiał opór, zdezorientowany zmianą.

Potem instynkt wziął górę.

Zatrzasnął się.

Zapadła tak nagła cisza, że ​​miałem wrażenie, jakby cały dyliżans się zatrzymał.

Za kurtyną koła wciąż grzechotały, woźnica wciąż przeklinał, a konie wciąż się męczyły.

Ale w środku autokaru ten nie do zniesienia hałas zniknął.

Zastąpiły je ciche, natarczywe odgłosy przełykania i cichy szelest materiału.

Powietrze się zmieniło.

Z napięcia zrobiło się oszołomione.

Oczy Very napełniły się łzami, o które nie prosiła.

Najpierw poczuła ulgę, fizyczne rozluźnienie w piersi, które sprawiło, że cicho westchnęła.

A zaraz za tym przyszedł smutek.

Jej ciało pamiętało wszystko – ciężar dziecka, parcie na karmienie, poczucie bycia potrzebną.

To był najsłodszy ból, jaki czuła od miesięcy.

Lekko obróciła twarz i płakała bezgłośnie, łzy spływały jej po policzkach, podczas gdy dziecko jadło, jakby od tego zależało jego życie.

Być może tak było.

Po drugiej stronie kurtyny Owen Sutton stał, przyciskając plecy do ściany autokaru.

Oparł dłonie po obu stronach ciała, jakby potrzebował drewna, aby utrzymać się w pozycji pionowej.

Miał zamknięte oczy.

Jego oddech stał się chrapliwy i ostrożny, niczym oddech człowieka, którego właśnie ściągnięto z krawędzi klifu.

Pani Keene pochyliła się ku niemu i szepnęła z podziwem: „Dobra z ciebie kobieta”.

Owen powoli otworzył oczy.

Jego głos był cichy.

„Ona nie jest moja.”

Pani Keene rzuciła mu spojrzenie, które mówiło, że żyła wystarczająco długo, aby rozpoznać historię, kiedy się zaczyna.

„Daj temu czas” – mruknęła, po czym odchyliła się na krześle i wygładziła spódnicę, jakby chciała uspokoić dłonie.

Trener jechał dalej.

Na zewnątrz preria nie zmiękła.

Kurz unosił się i opadał.

Ciepło migotało.

Ale w środku dziecko było nakarmione.

Oddech Very się trząsł.

Jej myśli próbowały wybiec w przyszłość – w plotki, w osądy, w chwilę, w której wysiądzie z tego powozu, a świat spojrzy na nią inaczej.

Zmusiła się, by pozostać w chwili obecnej.

Dziecko potrzebowało jedzenia.

Dziecko potrzebuje spokoju.

Wszystko, co ludzie myśleli, mogło wydarzyć się później.

Kiedy dziecko w końcu zwolniło, jego usta zaczęły drgać, a ciało się rozluźniło, Vera poczuła, jak zmienia się jego waga.

Już nie walczył.

Nie był zły.

Był po prostu mały.

I był zmęczony.

Piętnaście minut później zza kurtyny wyszła Vera.

Jej twarz była spokojna, lecz oczy nadal błyszczące.

Dziecko spało w jej ramionach — ciężkie i spokojne, z niezaciśniętymi piąstkami i rozluźnionymi ustami.

Wyglądał jak inne dziecko.

Jak dziecko, które postanowiło, że warto pozostać na tym świecie.

Vera poprawiła sukienkę, zapięła guziki i znów poczuła się jak u siebie.

Ale nie dało się ukryć tego, co się stało.

Każdy w tym autokarze wiedział.

Na małym terytorium wiadomości rozprzestrzeniały się szybciej niż konie.

Ostrożnie wyciągnęła dziecko.

Owen wyciągnął rękę do syna.

Kiedy jego palce dotknęły palców Very, oboje zamarli.

„Dziękuję” – powiedział Owen.

Słowa zabrzmiały szorstko, jakby musiał walczyć, żeby je z siebie wydobyć.

Vera skinęła głową.

Nie ufała swojemu głosowi.

Dłoń dziecka, nawet podczas snu, zaciskała się wokół palca Very, jakby nie chciała go puścić.

Vera powoli i delikatnie uwolniła palec.

Następnie usiadła z powrotem na siedzeniu przy oknie, wpatrując się intensywnie w prerię, tak jakby chciała wpatrywać się w swoje uczucia w ciszy.

Reszta podróży była już inna.

Trener nadal podskakiwał.

Kurz nadal się wdzierał.

Ciepło nadal wciśnięte.

Ale dziecko spało, a w autokarze panowała dziwna cisza, jakby wszyscy bali się zakłócić spokój.

Pani Keene odchrząknęła raz, po czym najwyraźniej postanowiła nie mówić.

Starszy mężczyzna chrapał, ale nawet jego chrapanie wydawało się cichsze, jakby sam świat próbował dać dziecku przestrzeń do odpoczynku.

Owen cały czas spoglądał na Verę, chociaż myślał, że ona tego nie zauważy.

W jego oczach było coś, czego nie potrafił nazwać.

Wdzięczność, tak.

Ale także pewien rodzaj zachwianego szacunku.

I coś jeszcze, coś co sprawiło, że szybko odwrócił wzrok, jakby go to przestraszyło.

Vera udawała, że ​​nie widzi.

Obserwowała horyzont.

Ale ona czuła jego spojrzenie jak ciepło przez tkaninę.

O zachodzie słońca dyliżans wjechał do Fort Collins w tumanach kurzu.

Fort Collins starał się sprawiać wrażenie cywilizowanego.

Były tam promenady, kościoły, sąd i wystarczająca ilość saloonów, co było dowodem na to, że cywilizacja wciąż przegrywała bitwy.

Wozy skrzypiały na głównej ulicy.

Konie tupały.

Dwóch chłopców biegło boso przez kurz, goniąc psa, który ukradł im skórkę chleba.

Z otwartych drzwi unosił się zapach gotowanego jedzenia — fasoli, kawy, smażonego ciasta.

Muzyka wylewała się z saloonu niczym śmiech o ostrym brzmieniu.

Owen zszedł pierwszy i przytulił śpiącego syna.

Vera zeszła za nim i wyjęła z bagażnika swój mały kufer.

Jej stopy dotknęły kładki, a jej odgłos wydał się zbyt głośny w uszach.

Poprawiła kapelusz, przygotowując się do zapytania o drogę do pensjonatu, w którym pracował jej kuzyn.

Powiedziała sobie, że to nowy początek.

Praca.

Dach.

Życie, które bolało mniej niż to, które zostawiła.

Wtedy usłyszała za sobą kroki Owena.

„Panna Buckley” – powiedział.

Vera się odwróciła.

„Panie Sutton.”

Teraz byli ostrożniejsi ze swoimi słowami.

Formalność, podobnie jak grzeczność, może zatrzeć intymność dyliżansu.

„Mieszka tu moja siostra” – powiedział Owen. „Zostaję u niej na noc. Jutro muszę wrócić na ranczo. To na północny wschód, niedaleko rzeki Poudre”.

Vera skinęła głową, niepewna, po co jej to mówi.

Może po prostu musiał dalej mówić, bo cisza zmusiłaby go do skonfrontowania się ze swoim strachem.

Owen lekko przesunął dziecko.

„Będzie musiał znowu coś zjeść” – powiedział cicho. „Za kilka godzin, jutro i pojutrze”.

„Tak” – powiedziała ostrożnie Vera. „Tak właśnie robią niemowlęta”.

Owen spojrzał jej prosto w oczy.

„Potrzebuję pomocy.”

Very zrobiło się słabo.

Wiedziała, że ​​tak się stanie.

Starała się o tym nie myśleć, bo myślenie o tym sprawiało, że to stawało się rzeczywistością.

„Taką pomoc, jaką mi dzisiaj udzieliłeś” – kontynuował Owen. „Mogę ci zapłacić”.

Vera podniosła brodę.

„Nie jestem służącym”.

„Nie proszę cię, żebyś była” – powiedział szybko Owen, jakby spodziewał się, że będzie walczyć. „Proszę cię, żebyś utrzymała mojego syna przy życiu. Nie chce pić z butelki. Mamka, którą miałam, nie może przyjechać. A mam ranczo piętnaście mil od miasta. Nie mogę być w dwóch miejscach naraz”.

Jego głos stał się bardziej napięty.

„Zawiodłem go.”

Szczerość zawarta w tych słowach uderzyła Verę mocniej niż jakakolwiek oferta pieniędzy.

To był ten rodzaj uczciwości, której ludzie tacy jak Owen Sutton nie okazywali, chyba że nie mieli innego wyjścia.

Owen odchrząknął, jakby go to zawstydzało.

„Trzydzieści dolarów miesięcznie. Zakwaterowanie i wyżywienie. Osobne mieszkanie. Zaopiekowałbyś się nim. To wszystko.”

Trzydzieści dolarów.

Vera nigdy nie osiągnęła niczego podobnego.

W najlepszych miesiącach swojej kariery krawcowej ledwo udało jej się zebrać dwanaście sztuk.

Praca jej kuzyna w pensjonacie byłaby jeszcze gorzej płatna.

Trzydzieści dolarów może wszystko zmienić.

Może ją też uwięzić.

Vera wpatrywała się w Owena.

Następnie przycisnął dłoń do śpiącego dziecka, tuląc je do piersi.

Potem Owen trzymał w rękach dziecko, jakby bał się, że świat może mu je ukraść.

Vera czuła swój smutek niczym ciężar w żebrach.

Ciężki.

Znajomy.

„Jak długo?” zapytała.

„Dopóki nie znajdę innego rozwiązania” – powiedział Owen. „Kilka tygodni, miesiąc. A potem możesz odejść, jeśli chcesz – z pieniędzmi, referencjami, czymkolwiek, czego potrzebujesz. Nikt nie będzie mógł powiedzieć, że jesteś mi cokolwiek winien”.

Vera przełknęła ślinę.

„Osobne kwatery” – powtórzyła, bo potrzebowała czegoś solidnego, czego mogłaby się przytrzymać.

„Tak” – powiedział Owen. „Będziesz miał swój własny kąt”.

„Nie zamierzam nikogo zastępować” – powiedziała Vera stanowczym głosem.

Oczy Owena zabłysły.

„Nie proszę cię o to.”

Vera spojrzała w dół ulicy, w kierunku adresu pensjonatu, który miała w kieszeni.

Mogła tam pójść.

Mogła mieszkać w małym i cichym miejscu.

Pracuj, aż rozbolą ją ręce.

Postaraj się nie dopuścić, by smutek pochłonął ją całkowicie.

Albo mogła przyjąć tę ofertę, wejść w życie farmera i karmić obce dziecko w domu pełnym wspomnień innej kobiety.

Dom, który mógłby szeptać o niej za każdym razem, gdy przez niego przejdzie.

Dziecko poruszyło się przy piersi Owena i wydało cichy dźwięk.

Całe ciało Owena się napięło, a na jego twarzy odmalował się strach.

Ale dziecko znów się uspokoiło, nadal spało, na razie bezpieczne.

Vera podjęła decyzję z uczuciem, które było w połowie odwagą, w połowie wyczerpaniem.

„Miesiąc” – powiedziała. „Potem ocenimy to na nowo”.

Ramiona Owena rozluźniły się, jakby przecięto linę.

Skinął głową raz, mocno.

„Dziękuję” – powiedział i tym razem zabrzmiało to tak, jakby miał na myśli coś głębszego niż słowa.

Vera podniosła swój kufer.

„Zostanę na noc u kuzyna” – powiedziała. „Jutro rano niech ktoś po mnie przyjdzie”.

„Zrobię to” – powiedział Owen. „Każdy w mieście może ci wskazać Sutton Ranch”.

Vera odeszła zanim zdążyła zmienić zdanie.

Ale nawet idąc promenadą, czuła na swoich barkach ciężar tego, co zgodziła się wziąć na siebie.

Ponieważ wiedziała coś, czego zdesperowany farmer nie wiedział.

Karmienie dziecka nie było najtrudniejszą rzeczą.

Najtrudniejsze było to, co nastąpiło później.

Najtrudniejsze było to, co się wydarzyło, kiedy samotny dom zaczął wydawać się domem, a mężczyzna, który wszystko stracił, zaczął patrzeć na nią, jakby była jedyną rzeczą, która pozwalała mu się utrzymać na nogach.

Tej nocy Vera odnalazła swojego kuzyna w pensjonacie na skraju miasta.

Dom był dużym, kwadratowym budynkiem z nadmiarem pokoi i zbyt małą ilością ciszy, miejscem, gdzie każda deska podłogi zdradzała człowieka. Na ganku tłoczyły się buty, a przez okna wpadał zapach gulaszu.

Jej kuzynka, June, otworzyła drzwi, mając ręce pobrudzone mąką i znużone oczy.

„Vera” – wyszeptała June i na sekundę jej twarz złagodniała, jakby rodzina wciąż mogła oznaczać pocieszenie.

Wtedy wzrok June powędrował poza Verę w stronę ulicy.

„Wyszedłeś na scenę” – powiedziała. „Wyglądasz, jakbyś walczył przez całą drogę”.

Vera uśmiechnęła się lekko.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Domowy chleb – Przepis krok po kroku, który zaskoczy każdego!

Chleb pełnoziarnisty: Zamiast mąki pszennej użyj mąki pełnoziarnistej lub wymieszaj obie mąki w równych proporcjach. Chleb z ziołami: Do ciasta ...

Korzyści z codziennego picia wody ze skórką cytrynową

2. Wspiera zdrowie sercaBadania sugerują, że skórka cytryny zawiera flawonoidy, witaminę C i pektynę, które pomagają zmniejszyć ryzyko chorób układu ...

Serowe wrapy z kurczakiem i czosnkiem

Przygotuj farsz: W dużej misce wymieszaj ugotowanego kurczaka, mozzarellę, zmiękczony serek śmietankowy, posiekany czosnek, włoską przyprawę, sól i pieprz. Mieszaj, ...

Grysikowa kostka z owocami i galaretką

Przygotowanie: Przygotowanie kaszy manny: Do garnka wlewamy mleko, dodajemy cukier. Gdy mleko zacznie się gotować, dodajemy kaszę manną. Całość zagotowujemy ...

Leave a Comment